Archiwum z marzec, 2008

ihuj hujhujhuj

marzec 29, 2008

dalej, dalej siedzę, nic się nie zmieniło i nic nie zapominam. wszystko przepycha mi się w łbie jak w sałnie, w której wkonću ktoś spojrzy sie na nieodpowiedniego huja. po czym całe gorące powietrze przesyca się zapachem urażonej męskiej dumy. nie często myśle o swoim mózgu jako o chołocie nagich mężczyzn napierdalających się w bardzo gorącym miejscu. całkowicie bez skrupułów zresztą.

mówią, że miliony myśli. bardzo małe musiałyby one być. czasem posiadam pare tych większych, a czasem kilka ich par nawet. wtedy wszystko, przy najmniejszej choćby chęci poruszenia staje sobie na palce, kopie się i przepycha. wszystkie to robią, dlaczego któraś miałaby się powstrzymywać? wielkie społeczeństwo po czasie, dłuższym zazwyczaj, akceptuje swoje przyzwyczajenia. nie dokończe, nie potrafie dziś.

wraca pisanie dziś do mnie z godzinę później. przyniosł mi uczucie inności. hjahaha. powinienem się napić czegoś lepszego, ostatnio tylko redbule i kokakola.

od jakiegoś tygodnia stopniowo wkochuję się w długopisy, te czarne. ich niezmazywalność, pomijając wypadek kogoś bardzo zaangażowanego, bardzo mnie podnieca. a niepodnieca mnie szczególnie to, że pisze dookoła rysunków, coraz cześciej myśle, że nikt mnie nigdy nie powinien uczyć pisać. coraz częsciej myślę też, że nie powinienem za dużo myśleć.

nanaaa aaj

marzec 26, 2008

zaszlajałem się, od dawna nie siedziałem spokojnie, siedziałem, napewno, spoczywam w tej pozycji godzinami, od mięsięcy, dziennie, jutro i pojutrze. to mój mózg, jego problemy, żale, choć nie wiem czy posiadam jakąkolwiek skruchę, poprostu winię wszystko dookoła zamiast siebie. ten idiota, mózg, zapierdala jak rolka papieru do wycierania się w dupę upuszczona w dół na podłogę, myślę że osiągnął każdy możliwy sens zapierdalania. w minimalnym okresie czasu potrafi zmienić kontynent, może pominąć kilka tygodni (opcjonalnie cofnąc się o pare, ale wtedy plączą się nogi) żeby znaleźć tego innego siebie w przestrzeni czasu, który jednak ma ten lepszy humor. przyzwyczajam się szybko, kiedy przewyzsze go czasem, zapominam, wracam do starego braku humoru, lubie chomikować stare wspomnienia i nastroje, nawet smak trocin juz nie przeszkadza. przyzwyczailem sie do sporu przejawów przeszkadzania, poprostu sam dla siebie jestem wielką przeszkodą, z czasem nabiera się wprawy. on podrozuje tez miedzy osobowościamy, te jego pieprzone problemy podzieliły mnie, każdego z innym problemem, jakby samo słowo problem było wypisane olbrzymimi literami na każedej z twarzy moich osobowośći, wyryte, niczym pakt miedzy mną a wszystkim innym. między tymi wszystkimi klawiszami na które patrze ze szczególną zawziętością, a potrafie pisać całkiem żadko spoglądając w dół. wpatruję się w te male piszące cudo, bo nie chce czytać tego co piszę. tak samo jak wieczorem w łazience, z wyjątkiem, że wtedy nie chcę tego wąchać, spojrze czasem, żeby uświadomić sobie jak źle się odrzywiam, zapominam, chwala bogu, w ktorego nie wierze. spojrze w tekst, kiedy przerwe na chwilę z powodu jakiejś cholernej niedogodności, zeby stwierdzić oczym pierdoliłem. bo to się sprowadza wszystko do tego jednego słowa, cały tekst jest jak jeden wielki, bardzo wymieszany wlugaryzm.

zaszlajałem się, ponownie, skacze mi wszystko, miesza się, jak ten szary por co się go miesza w zupie, nie jem tego, nie lubie zup, nie potrafiłbym włożyć do ust czegoś co przypomina mi moje własne odbicie, boję się tego smaku. tematy przelatują jeden za drugim, stado dzikich koni, wypierdalać barachło.

zaszlajalem się w bardzo umiejscowionym znaczeniu. przy moim lożku, siedzac na nim po turecku, zazwyczaj bez spodni (spodnie, które ciężko się wkłada okazują się być problemem przy zdecydowanej większości pozycji) garbiąc się ku małemu czarnemu stolikowi i kilku przedmiotów na nim. internet. pozornie bardzo przydatny i pomocny przyjaciel, który w większości przypadkow zachowuje tą definicję. kilka jego szczególnych stref które mnie tak pochłanią. sztuka, taka sobie o. zaszlajalem się. bo szukam, nie jakieś oglądam, poprostu szukam. starając się poukładać siebie, tak jak zbiera się z ziemi rozbitą szybe, kiedy jakiś wyjątkowy idiota szuka chwili emocji.